Devin Townsend nie odpuszcza!
Zaledwie pół roku temu Kanadyjczyk wydał album zatytułowany Ki, a na dniach premierę miał album pt. Addicted, będący drugą częścią projektu Townsenda liczącego łącznie cztery albumy.
Szczerze mówiąc sądziłem, że temu nieokiełznanemu wokaliście i multiinstrumentaliście zabraknie pomysłów po pierwszym albumie. Tymczasem okazuje się, że kontynuator porządnego Ki jest… jeszcze lepszy. Panie i panowie: Addicted to album, którego nie wolno pozostawić milczeniu.
W to święto hard rockowych i heavy metalowych riffów wokalny wkład miała Anneke van Giersbergen z The Gathering, ale określenie jej jako gościa, który użyczył wokali na potrzeby płyty jest niesprawiedliwie. Wszak od strony wokalnej zarówno Townsenda jak i van Giersbergen na tym materiale jest mniej więcej po równo. Tym samym jej udział w całości jest spory, tak jakby była pełnoprawnym muzykiem z chatki Kanadyjczyka.
Addicted otwierają dwie mocne petardy, oparte na ciężkich i solidnych riffach. Z miejsca można tutaj zapomnieć o subtelniejszych momentach z Ki, bo Townsend gra ciężko, a wspierający go na perkusji Ryan Van Poederooyen dodatkowo potęguje to wrażenie. Townsend przy tych dwóch pierwszych utworach (Addicted! i Universe in a Ball!) krzyczy i warczy, a jedynymi ich subtelnościami są krótkie wstawki wokalistki The Gathering, może nawet trochę pachnące folkiem?
Większą część albumu stanowią utwory nieco lżejsze od poprzednich jeśli idzie o pokłady gitarowo-perkusyjne. Nie oznacza to oczywiście, że gorsze, bo w przekroju całego albumu wchodzą częściej w klimat fajnego, bardzo ożywionego hard rocka. O ile van Giersbergen przy pierwszych nutach Addicted była dosyć nieśmiała, o tyle w takich utworach jak: Bend it like Bender!, Supercrush!, Hyperdrive! czy Resolve! jest jej w ilości czasami nawet większej niż Townsenda.
Zresztą Kanadyjczyk też schodzi z mocnego tonu wielokrotnie wprowadzając swoje wokale na wypolerowane ścieżki. Momentami z jego ust wydobywa się trudny do opisania patos z wokalnymi “wysokościami”, którymi chciałby operować niejeden wokalista.
Dopiero przy utworach Ih-Ah! oraz The Way Home!, a więc siódmym i ósmym Townsend na Addicted zwalnia. Pierwszy z nich jest właściwie balladowy. Zaryzykowałbym, że momentami nawet soft rockowy, bo riffy pojawiają się w nim w szczątkach, a Townsend i van Giersbergen tylko sobie podśpiewują, z dużym spokojem i luzem. The Way Home! trochę przyspiesza, ale to wciąż wyjątkowo lekkie horyzonty jeśli idzie o porównaniu do większej część płyty.
Szaleństwo powraca na Numbered!. Choć w akompaniamencie z delikatną van Giersbergen, to już z silnymi riffami (momentami nawet takimi jak przy początku albumu).
Prawie 10-ciu minutowy Awake! to ukoronowanie całej płyty. Utwór ten stanowi swobodny miks pomysłów z poprzednich dziewięciu. Zaczyna się dosyć spokojnie, z wyważonymi wokalami Townsenda, lekkimi riffami i podśpiewującą panią The Gathering. No, ale po jakiejś jego części zaczyna się robić ciężko, a i Townsend przestaje być wrażliwy na wokalach. Utwór ma jeszcze kilka podobnych spadków i powrotów nastrojowych, z dosyć ciekawą elektroniczną linią wyciszającą cały krążek.
Przyznam się, że po wysłuchaniu całości byłem bardzo pozytywnie zaskoczony. Podejrzewam, że tak jak i wielu słuchaczy, którzy w bezwarunkowym malkontenckim tonie spodziewali się raczej zniżki formy po Ki.
Ten muzyk to dzisiaj wściekły pies, zerwany ze smyczy, gotowy pogryźć każdego. Tyle, że jego kły mają moc w muzyce. Zajebistej muzyce.
9/10



22/11/2009 o 13:41 |
Wokalnie ten album to rzecz znakomita – takie InAh!.
Cieszy mnie również, że na “Addicted” więcej szaleństwa, z którym Devin’owi do twarzy :) Ten album miejscami przypomina mi “Infinty”. Zobaczymy co nam zaserwuje na dwóch kolejnych płytach. A z tego co wiem to ma być coraz mocniej – ewidentnie mi to pasuje :)